Życie po Iranie

Oj nie jest łatwe, życie po powrocie z Iranu. Bynajmniej nie chodzi tu o zespół stresu pourazowego:), a raczej żal, że już po wszystkim i pytania o sens życia:P:P.  No właśnie, bo mimo tego, że ostatnio prowadzę dość intensywne życie, to czytając swojego bloga z podróży, mam wrażenie, że zupełnie nic się tutaj nie dzieje. Po prostu wieje nudą;).

Ale nie o tym:).

Wróciłam już miesiąc temu, i fala powakacyjnej euforii powoli zaczyna wygasać, więc jest to ostatni moment, żeby podsumować;)

Przypomnę, bo może nie wszyscy o tym wiedzą, że w Iranie przez większość czasu byłam sama (nie, nie oczekuję oklasków:P). IMG_20171105_180125Być może tak sobie wyobrażacie samotną podróż:). Pożegnanie z pustynią Maranjab. (fot. Shahrooz)

Piszę o tym dlatego, że być może ktoś z Was ma takie małe marzenie, ale nie jest do swojego pomysłu przekonany:), albo się po prostu boi. Nie zamierzam namawiać, ani nic w tym rodzaju. Chcę tylko powiedzieć, że ja chociaż trzy miesiące temu raczej bym siebie o to nie podejrzewała, pojechałam do Iranu sama, i mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie byłam na lepszych wakacjach.

Żeby lepiej Wam uzmysłowić paradoks tej sytuacji dodam, że ja w ogóle nie lubię podróżować ani spędzać czasu w pojedynkę. Prawdopodobnie nawet w tej chwili nie jestem dostatecznie szalona, żeby pojechać w kolejną podróż samotnie (no chyba, że znowu do Iranu:)).  Może chodzi o to, że tak naprawdę to wyglądało mniej więcej tak:

IMG_20171128_205302Tradycyjny irański taniec z tortem urodzinowym:P. Noc na plaży, na wyspie Hormoz. (fot. Ohmid)

Zatem jak widać w Iranie nie doświadczyłam samotności, a największym  zagrożeniem, byłam dla siebie ja sama (co rusz musiałam się gdzieś walnąć w głowę:)).

davNawet wielbłądy w Iranie są bardzo przyjacielskie:) (wiem, że to zdjęcie tu jest od czapy, ale nic nie poradzę na to, że bardzo lubię wielbłądy).

Zastanawiałam, się jaki temat poruszyć w tym ostatnim poście i pomyślałam, że najlepiej będzie jak odpowiem na pytanie, które pewien chłopak zadał mi na samym początku podróży. Teraz chyba umiem na nie pełniej odpowiedzieć.

Zatem co było dla mnie najtrudniejsze w podróżowaniu po Iranie?

Zwykle opowiadając o Iranie, skupiamy się na tym, że jest to kraj bardzo gościnny i bezpieczny, a podróż po nim to sama przyjemność. Nie zamierzam tych informacji dementować, jednak jak to człowiek pracujący w konsultingu, odrobinę boję się wziąć odpowiedzialność za swoje słowa;). Więc teraz przytoczę trochę dupochronów (czy ten termin jest stosowany poza branżą??). Krótko mówiąc kilka słów o trudnościach i zagrożeniach (prawdę mówiąc nie ma tego za wiele:)).

Ruch uliczny

Dobra, o tym mówi się dość często:), ale pozwolę sobie powtórzyć to co się mówi.  Ruch uliczny jest w Iranie naprawdę szalony, i o ile będąc pasażerem taksówki, nie ma człowiek innego wyjścia jak zaufać kierowcy, o tyle będąc pieszym musi zaufać nie tylko kierowcom, ale i co gorsza sobie.

dav
I co z tego, że uniwersalny, skoro nikt się do znaków nie stosuje?

Dobrą taktyką przy przekraczaniu ulicy jest podłączenie się pod lokalnych przechodniów, jednak naprawdę trzeba mieć nerwy ze stali. Czasami stosowałam też metodę na wielkie, przerażone niebieskie oczy, ale nie jestem przekonana, czy inny kolor działa równie skutecznie. Wbrew wszelkim odruchom, przekraczając jezdnię trzeba zachować pełen spokój, i iść bardzo bardzo powoli, wmawiając sobie, że mijające nas z przodu i tyłu auta nie robią na nas żadnego wrażenia.
Rozglądać trzeba się bez względu na oficjalny kierunek jazdy, zawsze w obie strony, nie wyłączając chodnika używanego często przez motocyklistów. Mimo luźnego podejścia Irańczyków do przepisów, lepiej nie przechodzić na czerwonym świetle (na zielonym też nie radzę, ale z dwojga złego…).

 

Pieniądze

To problem, z którym każdy styka się już kilka minut po opuszczeniu lotniska (ok. nawet przed). Walutą Iranu są riale. 1 $ to około 4000 riali. Ceny natomiast są podawane w tomanach. Teoretycznie 10 riali to jeden toman. W praktyce nigdy nie wiadomo;). Ja po dwóch tygodniach wciąż nie umiałam doliczyć się zer na banknotach i kazałam pisać sobie cenę na papierze w rialach;). Na szczęście zwykle był ze mną ktoś miejscowy, kto dbał o to, żebym nie zbankrutowała:). Warto też wspomnieć, że w Iranie nie są obsługiwane europejskie karty bankomatowe, więc wszystkie pieniądze potrzebne na wyjazd trzeba mieć ze sobą w gotówce.

 

Intencje

Tu przechodzimy do kwestii, z tych naprawdę trudnych. Nie chodzi tylko o słynny i opisywany we wszystkich przewodnikach taroof. Ale skoro już o tym mowa, to wyjaśnię, że taroof to taka kurtuazyjna grzeczność, przejawiająca się np. zaoferowaniem czegoś za darmo. Oferta taka z założenia ma zostać odrzucona, jednak jak to w życiu, nikt nie ma na czole napisane, że właśnie zastosował taroof;). Podobno, aby się przekonać powinniśmy odmówić trzy razy, ale choć w pewnych kręgach słynę z asertywności, to nie zawsze udawało mi się wyjść z takiej sytuacji z tarczą. Być może to nie był taroof…

Dodatkowy problem, polega na tym, że kiedy jest się gościem Irańczyka to nie powinno się za nic płacić a w szczególności w restauracji. Wiem już teraz, że to nie taroof, a sprawa honoru. Kiedy zwiedzałam z Shahroozem Isfahan, a nie byłam jego gościem i powiedziałam, że zamierzam za siebie płacić, to jakoś pokrętnie się tłumacząc poprosił, żebyśmy rozliczali się po wyjściu z knajpy.

Największym jednak problemem, są intencje ludzi, ok. uściślijmy mężczyzn, względem samotnie podróżującej kobiety (wątpię aby to działało tak samo w przypadku samotnie podróżującego mężczyzny).

Niektórzy Irańczycy żyją wyobrażeniem, że Europejki są rozwiązłe, więc jeśli mają ochotę “poznać je bliżej” to wystarczy  o to poprosić. Prawdopodobnie większość  z nich swoje wyobrażenie o Europie i Europejczykach czerpie z telewizji satelitarnej (np. MTV.). Bardziej i mniej jednoznaczne propozycje na ulicy otrzymałam kilkakrotnie. Na początku byłam tak zdumiona, że aż nie mogłam w to uwierzyć.

Nie zaliczam tych sytuacji do niebezpiecznych, a raczej do nieprzyjemnych. Póki jesteśmy w miejscu publicznym, nic nam nie grozi, ale lepiej nie tracić czujności, zwłaszcza w kontekście tych wszystkich opowieści o Irańskiej gościnności.

Koleżanki w Teheranie wyjaśniły mi, że jeśli jakiś mężczyzna proponuje kolację w dobrej restauracji i na dodatek nie daje się łatwo spławić, to chodzi mu dokładnie o to samo o co chodzi facetom na całym świecie w analogicznej sytuacji, z tą różnicą, że jest bardziej zdeterminowany. Teraz wydaje się to być oczywistym, ale jak się człowiek nasłucha o Irańczykach, którzy są bardzo gościnni, zapraszają do swoich domów i zawsze chcą pomóc, to można niechcący znaleźć się w niezbyt komfortowej sytuacji.

Być może z moich wcześniejszych wpisów nie jest jasne, że podczas podróży, nie nocowałam u ludzi przypadkowo poznanych na ulicy (pustynia się nie liczy:P).

Ale spokojnie, nie ma co robić z tego afery! Wystarczy kierować się zdrowym rozsądkiem jeśli ktoś takowy posiada (rozwiewając Wasze wątpliwości, ja posiadam:P), a prawdopodobieństwo, że spotka nas coś nieprzyjemnego będzie niższe niż w niedzielę rano na Krakowskim Przedmieściu. Za to całkowicie pewne jest, że spotka nas wiele sytuacji przyjemnych.

Dodatkowym smaczkiem w kategorii intencje jest to, że większość młodych Irańczyków chce wyemigrować. Sposobów jak ten cel osiągnąć jest wiele. Niestety większość z nich jest bardzo trudna w realizacji, a dodatkowo potencjalnie nieskuteczna. Jest za to jeden taki sposób, który właściwie gwarantuje sukces w rozsądnym czasie. Mianowicie małżeństwo (tu Panowie również są obiektem zainteresowania). Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę, że pozostałe możliwości, są tylko dla wybranych. Nie chcę powiedzieć, że w Iranie każdy chciał się ze mną ożenić, ale że generalnie Irańczycy mają takie poczucie, że dobrze kogoś w tej Europie mieć. Nawet ludzie z którymi rozmawiałam przez 5 min w metrze, brali ode mnie adres e-mail i numer telefonu, a potem wypisywali na komunikatorze jeszcze przez wiele dni, zadając serię pytań, m in. o moje zarobki (tak więc mało romantycznie:P).  Z drugiej strony, z tych rozmów wynika, że ich oczekiwania i wyobrażenia o Europie są mocno wyidealizowane (nie takich zarobków się spodziewali;)).

Koniec

O Iranie mogłabym opowiadać godzinami, ale kto by to czytał:). Jeśli jesteście gotowi, żeby przeżyć wakacje życia, to po prostu nie planujcie niczego i lećcie do Iranu. Wystarczy mieć oczy szeroko otwarte. Reszta zdarzy się sama. Zobaczcie jeszcze kilka zdjęć z mojego ulubionego miejsca w Iranie, na zachętę:).

 

 

Różne oblicza wyspy Hormoz

Cudowna wyspa Qeshm

Advertisements

Tak żyję, wróciłam!

Odpowiadając na liczne zapytania, żyję i wróciłam! Miałam w planie napisanie małego podsumowania, ale porwał mnie wir (może bardziej tornado/orkan) zdarzeń. Okazuje się, że wszyscy bardzo się stęsknili, więc trzy godziny po powrocie byłam już w pracy, 24 godziny po powrocie byłam w drodze do Katowic, 38 godzin po powrocie byłam w Szczecinie, a jakieś 14 godzin później w Koszalinie. Nie będę wyliczać dalej i wymieniać imion i nazw wszystkich orkanów, żeby ich nie zawstydzać;).IMG_20171103_093058.jpg

Zatem czuję się całkowicie usprawiedliwiona i obiecuję podsumować, wrzucić więcej zdjęć i poprawić błędy, jak tylko orkan ucichnie (obym jeszcze coś wtedy pamiętała).

O tym dlaczego zamknięto Persepolis.

Do Shiraz przyjechałam z jasnym planem, żeby zobaczyć dwa najważniejsze meczety, Persepolis i jak najszybciej ruszyć dalej, żeby przed powrotem do Polski odwiedzić jeszcze Kaszan.

IMG_20171030_160040.jpg

Po raz pierwszy podczas tej podróży, nie wszystko poszło po mojej myśli.

Kiedy w sobotę rano szukałam transportu do Persepolis, po krótkich negocjacjach ceny, kierowca taksówki przypominał sobie, że właściwie nie mam po co tam jechać, bo przez dwa dni (sobota i niedziela), nie wypuszczają tam nikogo. Nie dałam temu wiary, więc zapytałam jeszcze w kilku miejscach. Niestety wszyscy potwierdzili tę informację. W końcu dorwałam kogoś, kto mówił po angielsku, ale jedyne czego udało mi się dowiedzieć, to że przyczyną takiego stanu rzeczy są urodziny jakiegoś tam Kurosha. Angielski mojego rozmówcy, niestety nie był wystarczająco dobry, aby wyjaśnić mi kim u diabła jest ten tajemniczy Kurosh, przez którego muszę teraz zmieniać swoje plany.

Pozostały mi tylko domysły, bo nawet nie byłam pewna jak mam to imię zapisać.
Moją pierwszą myślą było, że to jakiś wysoko postawiony gość, polityk, ajatollach, ale wciąż nie mogłam zrozumieć dlaczego z powodu jego urodzin zamyka się na dwa dni miejsce takie jak Persepolis.
Chwila szperania w internecie (różne kombinacje w zapisie imienia Kurosh) i wszystko stało się jasne. Okazało się, że Kurosh to nie kto inny jak starożytny władca Persji, znany nam jako Cyrrus II Wielki. Władaca ten jest szczególnie ważny dla Irańczyków, a świętowanie jego urodzin stało się niejako manifestem politycznym. Władze Iranu usiłują zakazać Irańczykom obchodów tego święta, a szczególne środki podjęto w tym roku, gdyż rok temu na grobowiec Cyrrusa przybyło przeszło 2mln osób (według Fatimy, mojej gospodyni). Przygotowania do urodzin Cyrrusa, polegały więc w przeciwieństwie do tego co sobie na początku wyobrażałam, na blokadach wszystkich dróg prowadzących do Pasargady oraz postawieniu ogromnego płotu wokół grobowca.
Irańczycy często w rozmowach przywołują postać Cyrrusa, jako przykład władcy postępowego, który wykazał się szczególną dbałością o prawa człowieka już przeszło 2500 lat temu. Prawa te zostały wyryte pismem klinowym na glinianym cylindrze jako element deklaracji politycznej Cyrrusa po podboju Babilonu, co jest uważane za pierwszy kodeks praw człowieka. Zapisy zawarte na cylindrze m.in. znosiły niewolnictwo, ustanawiały wolność wyznania oraz równość rasową.
Irańczycy podkreślają na każdym kroku paradoks sytuacji w jakiej się znajdują. Żyją w kraju, w którym poszanowanie dla praw człowieka ma tak długą tradycję, a dziś w XXI w. prawa te są nagminnie łamane.

Jak już zaakceptowałam fakt, że jestem uziemiona w Shiraz przez trzy dni, to pomyślałam, że fajnie by było pojechać do Pasargady i zobaczyć urodziny Cyrrusa. Fati na szczęście bardzo szybko wybiła mi ten idiotyczny pomysł z głowy (nie było tam zbyt bezpiecznie). Wieczorem oglądałyśmy relację w telewizji. (Okazuje się, że choć w Iranie nie ma prywatnych stacji telewizyjnych, to przez antenę satelitarną Irańczycy odbierają BBC persian.)
Dziś, po dwóch dniach oczekiwania byłam w końcu w Persepolis. Żadne starożytne ruiny nie zrobił dotychczas na mnie takiego wyrażenia;).

dav

Persepolis

IMG_20171030_155905.jpg

Dziś razem z Maćkiem i Różą poznanymi w Shiraz jedziemy do Teheranu. Moja podróż zbliża się ku końcowi.

 

Byłam na Marsie!

Tak to wiadomość oficjalna, byłam na Marsie! Było kiepsko z zasięgiem, dlatego relację zdaję dopiero teraz.

Wyspa Qeshm miała do zaoferowania tak wiele niesamowitych i różnorodnych atrakcji, (geoparki, wioski rybackie, las mangrowy i gwóźdź programu najprawdziwsze na świecie delfiny!!) szczególnie dla geologa lub przyrodnika, że nabrałam apetytu na więcej.

IMG_20171026_152752.jpg

Nie mogłam tak po prostu wyjechać, nie zaglądając na wyspę Hormoz, znaną z tego, że można tam znaleźć skały we wszystkich kolorach tęczy. Nazwa tej wyspy przewijała się w opowieściach wszystkich moich gospodarzy już od pierwszego mojego dnia w Teheranie, ale ja jak to ja, niespecjalnie się tym przejęłam. Kiedy jednak będąc na Qeshmie zobaczyłam, w końcu jej zdjęcia, poczułam ogromny żal, że kupiliśmy bilety do Shiraz na kolejny wieczór. Przez cały dzień kiełkowała w mojej głowie myśl, że może by tak jednak zostać jeszcze jeden dzień. Nie była to łatwa decyzja i zwlekałam z jej podjęciem do ostatniej minuty.
Miałam do wyboru dodatkowy dzień podróży w towarzystwie Tomka i Beaty, co niewątpliwie daje znacznie większe poczucie bezpieczeństwa, albo samotną przygodę na wyspie Hormoz.
Zsiadając z promu w Bandar Abbas, wiedziałam już, że pojadę na terminal autobusowy, ale tylko po to, aby zmienić rezerwację na kolejny dzień. Od razu kupiłam też bilet na pierwszy prom, który odpływa na Hormoz o 7 rano, gdyż koło 12, nawet jesienią nie da się tam żyć.
Chwilę później wszystko wywróciło się do góry nogami. Przecież, nie mogło być choć jeden raz normalnie;).Wciąż korespondowałam z Samane, bo pomyślałam, że może zna jakiś tani hostel w Bandar Abbas. Jej pomoc po raz kolejny okazała się nieoceniona. Po szybkim rozeznaniu, w chwili, gdy właśnie wymieniałam bilet autobusowy i od portu dzieliło mnie 8 km, napisała:”Kasia, za pół godziny odpływa ostatni prom na Hormoz, moi znajomi tam dziś śpią, biegnij!”
Więc pobiegłam! Na wstępie straciłam 10 minut, rozpaczliwie próbując wyjaśnić kierowcy taksówki dokąd jadę i że bardzo się śpieszę.Potem utknęłam w korku, a następnie taksówka stanęła na środku skrzyżowania i kierowca przez dwie minuty nie mógł jej odpalić.W pewnym momencie było już wiadomo, że jestem po czasie. Nie przeszkodziło mi to jednak mieć nadziei i biec. I wyobraźcie sobie, że dobiegłam. Ohmid, kolega Samane, czekał na mnie na przystani i raportował, czy statek jeszcze stoi.
Tym sposobem zaliczyłacm kolejną imprezę z młodymi Irańczykami, tyle, że nie na pustyni a na czerwonej dzikiej plaży nad Zatoką Perską. Było bardzo fajnie, nieco bardziej kameralnie niż na pustyni. Zwracam Waszą uwagę, że po raz kolejny impreza była z czwartku na piątek, bo piątek to w Iranie jedyny wolny od pracy dzień w tygodniu.
Wcześnie rano razem z Fabianem, francuzem poznanym na plaży wzięliśmy tuk tuka, aby z bliska obejrzeć najpiękniejsze zakątki wyspy. Sami oceńcie.

IMG_20171028_155224.jpg

IMG_20171028_154837.jpg

IMG_20171027_181950.jpg

IMG_20171027_144021.jpg

IMG_20171027_181911.jpg

IMG_20171027_221143.jpg

Kiedyedy upał stał się nieznośny postanowiłam znaleźć kawałek cienia i szklaneczkę czaju we wsi.
I tak poznałam Dormę i jej psa Abi. Dorma pomogła mi wytłumaczyć kierowcy tuk tuka, że Fabian zapłaci swoją część należności po tym jak kierowca odbierze go z plaży.
Chwilę po tym piłyśmy razem kawę u niej w domu.
Okazało się, że Dorma pochodzi z Teheranu i jest artystką, która z uwagi na skomplikowane relacje rodzinne zdecydowała się szukać swego miejsca gdzie indziej.(Zwykle młodzi Irańczycy mieszkają z rodzicami, często nawet wtedy kiedy mają już swoje rodziny). Dorma przez 7 lat tułała się po całym Iranie, aż trafiła na wyspę Hormoz, gdzie przechodzi szkolenie, po którym będzie mogła zostać kapitanem statku. Aktualnie jest jedyną kobietą wśród personelu. Jej marzeniem jest podróżować po całym świecie drogą morską. Mówi, że kocha morze, dlatego że na morzu w przeciwieństwie do lądu nie ma granic. Uważa, że praca na statku dałby jej poczucie wolności.
Po południu poszłyśmy z Abi popływać w ciepłych wodach zatoki. Uprzedzając pytania, byłyśmy ubrane od stóp do głów. Tylko Abi mógł szaleć bez ograniczeń.

IMG_20171028_154737.jpg
Nocnym autobusem trafiłam dziś do Shiraz.
Historia z pustyni się powtórzyła. Nocuję u dziewczyny poznanej na plaży. Muszę tu zostać do poniedziałku, bo dziś i jutro Persepolis jest zamknięte, a przecież nie można wyjechać z Iranu nie odwiedzając tego miejsca.

Wyspa Qeshm

Moja podróż nie przestaje mnie zaskakiwać!

Na wyspę Qeshm trafiliśmy nieprzypadkowo, ale to co dziś zobaczyliśmy przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że na każdym kroku znajduję w Iranie różnego rodzaju atrakcje, które mnie naprawdę interesują i cieszą. Przez ponad jeden tydzień wydarzyło się tyle, ile zwykle człowiek doświadcza przez wiele miesięcy. I nagle to, wyspa Qeshm, która wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Czuję się jakbym wylądowała na Marsie! Tomek powiedział, że natura sobie robi jaja;), a jeszcze nie widzieliśmy wszystkiego. Spójrzcie na to!

dav

Kanion Chahkooh

 

dav

 

dav

Na początku był uskok;)

Do tego był dziś taki “mały” nieplanowany bonus. Poczułam się jak wtedy, kiedy miałam ze 13 lat i w norweskiej tundrze zobaczyłam przez okno samochodu pierwszego w życiu renifera. Ja w krzyk, tata po hamulcach, a potem cała rodzina biegiem za reniferem. Dziś moim reniferem było olbrzymie (ponad 100 sztuk) stado wielbłądów!IMG_20171025_122642.jpg

Widok jaki nam się ukazał z drogi.

IMG_20171025_122958.jpg

Yazd

Jak się przez trzy dni imprezuje w Isfahanie, to potem trzeba podkręcić tempo zwiedzania.
Byliśmy wczoraj w Yazd, Karanaq i Chak Chak. Sami spójrzcie nuda po prostu.IMG_20171024_110106.jpgKaranaq

IMG_20171024_120505.jpgWidok ze świątyni Zoroastrian w Chak chak.

IMG_20171025_083303.jpgStarożytna klimatyzacja w Yazd.

Yazd to starożytne miasteczko po środku pustyni (jedno z najstarszych na ziemi), założone przed 5000 lat. Najstarsze domy mają tu ok.2000 lat!! Yazd jest też jednym z większych skupisk Zoroastrian (Shahrooz jest też Zoroastrianinem) w Iranie. W VII w. ukryli się tu przed Arabami, którzy prowadzili islamizację na tym terenie. To może odrobinę wyjaśniać, dlaczego miasteczko, które jest położone w tak niekorzystnej lokalizacji pod względem warunków przyrodniczych, przetrwało tyle lat.

Karanaq to z kolei starożytna, w większości opuszczona wieś położona w pięknych okolicznościach przyrody. Podobnie jak Yazd, zbudowana z cegieł wykonanych z błota wymieszanego ze słomą. Do dziś, dzięki systemowi doprowadzającemu z gór wodę, jest tam uprawiane rolnictwo.

dav

Karanaq

Muszę przyznać, że jeśli chodzi o ludzi to Yazd jest dotychczas najmniej przyjaznym miejscem pod tym względem, w jakim dotychczas byłam w Iranie. Nie znaczy to, że są ogólnie nieprzyjaźni, a raczej, że po raz pierwszy zdarzyły mi się incydenty, nie do końca życzliwych zaczepek. Nie jestem pewna z czego to może wynikać. Yazd jest małym miasteczkiem odwiedzanym przez stosunkowo dużą liczbę turystów z Europy, więc tak jak Europejczykom przydałaby się odrobina edukacji w tematyce kultury Iranu, tak szczególnie młodym chłopcom z Yazd przydałaby się edukacja w zakresie seksualnych zwyczajów dzikich Europejczyków. Otrzymałam wczoraj dość jednoznaczną propozycję. Chłopak kiepsko mówił po angielsku i zdaje się, że “no way” nie zrozumiał, kontynuując (na szczęście tylko słownie) przekonywanie mnie. Zaskakujące jest jednak to, że jego polski był znacznie lepszy od angielskiego i doskonale zrozumiał “spierdalaj gnojku”;).

Teraz jesteśmy już nad Zatoką Perską w drodze na wyspę Keszm.

Isfahan, oaza na pustyni

Nie jest łatwo prowadzić bloga, kiedy się jest w Isfahanie;).

Kiedy jeszcze w Teheranie powiedziałam moim gospodarzom, że zamierzam odwiedzić Isfahan, powiedzieli: “pamiętaj jeśli, ktoś pochodzi z tego miasta to na pewno jest artystą”(Ali jest z Isfahanu i w jego przypadku to się zgadza).

Niespełna tydzień później zrozumiałam, że nie ma w tym stwierdzeniu nawet odrobiny przesady.

IMG_20171022_153605.jpg

Isfahan to spore miasto (ok 2 mln mieszkańców) położone ok. 350 km na południe od Teheranu. Największy rozkwit przeżyło w XVI-XVII w, kiedy Szah Abbas I Wielki ustanowił tam stolicę imperium perskiego. Z tego okresu pochodzi, więc większość najważniejszych zabytków. Niewątpliwie można w tym mieście poczuć, że Persowie to nie byle kto, a naród o naprawdę bogatej kulturze i tradycji, oraz zobaczyć kawał dobrej perskiej archiektury. Nie chodzi tu tylko o jej aspekt wizualny, ale też a może nawet przede wszystkim o bardzo przemyślane wykorzystywanie wszechstronnej wiedzy (fizyka, chemia, astronomia itp.) i zastosowanie nowatorskich rozwiązań, ułatwiających życie użytkownikom. Mój ulubiony przykład to wykorzystanie metanu, ze ścieków do podgrzewania wody w łazience, ale też szereg rozwiązań dotyczących akustyki pomieszczeń.

IMG_20171023_214344.jpg

Najlepsze dla mnie jest jednak to, że ta architektura wciąż żyje i jest tłem zdarzeń.

Isfahan zwiedzam z Shahroozem (co w farsi oznacza “król dnia”). Notabene Irańczycy wciąż pytają mnie co oznacza moje imię. Shahrooz jest nieco egocentrycznym architektem z Teheranu. W Isfahanie ma odwiedzić swojego przyjaciela ze studiów. Na pustyni okazuje się, że jadę w tym samym kierunku i od razu oferuje mi nocleg. Jeszcze przez chwilę zastanawiam się czy nie skorzystać z propozycji Amira, również poznanego na pustyni (Amir znacznie lepiej mówi po angielsku), jednak kiedy dowiaduję się, że Ali (kolega Shahrooza) jest zawodowym muzykiem, wątpliwości mnie opuszczają.

Kiedy przechadzamy się po bazarze oglądając stoiska z miejscowym rękodziełem, wciąż ktoś nas zaczepia. Ludzie mówią do Shahrooza po angielsku. Shahrooz nie wygląda jak typowy Irańczyk, jest Lorem (mniejszość etniczna, język loryjski jest najbardziej zbliżony do starożytnego perskiego), do tego artystą, co wielokrotnie podkreśla, pokazując z dumą kolejne zrobione przez siebie zdjęcia.

Kiedy oglądamy meczet królewski przy placu Naqsh-e Jahana, każde mi się napawać jego widokiem przez trzy godziny, zupełnie zapominając o tym, że nie zostaję w Isfahanie na zawsze. Ma jednak niewątpliwą zaletę. Jest archtektem! Braki w komunikacji werbalnej bardzo skutecznie rekompensuje żywiołową gestykulacją i w ten sposób z pasją opowiada mi o wszystkim, co widzę po drodze.

Wieczorem wybieramy się, żeby obejrzeć dwa najstarsze mosty na rzece Zajande Rud most Sijo-Se Pol (32 łuków) i most Pol-e Chadżu.

IMG_20171021_195608.jpg

Kiedy spacerujemy mostem Pol-e Chadżu, słyszę dochodzące z dołu dzięki muzyki i od razu przyśpieszam, żeby niczego nie przegapić.

W rzece Zajande Rud od dawna nie ma wody, a przestrzenie pomiędzy kamiennymi łukami mają fantastyczną akustykę, więc miejscowi śpiewacy traktują je jako oazę dla uprawianej przez nich sztuki.

Jeśli się ma odrobinę szczęścia można tu usłyszeć tradycyjne perskie pieśni w zawodowym wykonaniu, choć oczywiście poziom bywa bardzo różny. Ja szczęścia miałam bardzo wiele. Nie mogłam się wprost oderwać.

IMG_20171021_212409.jpg

Śpiewacy, nie przychodzą tutaj w celach zarobkowych, a jedynie dla własnej przyjemności. Często można spotkać samotnego śpiewaka w jakimś zakamarku. Jeśli jest dobry, to i tak po chwili zbiera się wokół niego grupka słuchaczy.

Po rewolucji Islamskiej w Iranie zamknięto wszystkie opery, filharmonie i inne instytucje kulturalne (niektóre w ograniczonym zakresie są od niedawana przywracane). Tradycyjna kultura perska ma się jednak świetnie, tyle, że pod mostem, na pustyni i w zaciszach domów.

Shahrooz nie podziela do końca moich zachwytów i próbuje mi wmówić, że to co słyszałam nie jest tak dobre jak mi się wydawało. Wiem jednak, że jest odrobinę zazdrosny, bo nie byłam równie zachwycona jego wykonaniami;).

Wszystkie trzy wieczory (nawet do 4 rano) w Isfahanie spędzamy w pracowni Alego. Nie ma chyba instrumentu na którym nie umie grać Ali. Najbardziej oczywiście interesują mnie te tradycyjne perskie (santur, kamancze, daf). Ali jest pod każdym względem profesjonalistą, więc zmuszona jestem znowu rozczarować Shahrooza, prosząc aby się powstrzymał od śpiewania podczas chociaż jednego nagrania.

IMG_20171022_101721.jpg

Ostatniego wieczora impreza trwa do 4 rano , uczę się nawet jednej perskiej piosenki. Dołącza też do nas przemiła Kurdyjka (koleżanka Shahrooza) i mama Alego. Mam całkiem uzasadnione obawy, że zostanę “gwiazdą” Irańskiego instagrama:).

Dziś już w końcu wspólnie z Tomkiem i Beatą jedziemy do Jazd. Czeka mnie pierwsza noc w hostelu, ale mam nadzieję, że to nie koniec przygód.

Pustynia pełna ludzi

Udało się! Byłam na pustyni. Spóźniłam się ale, powinnam była wiedzieć, że nigdy nie pojechaliby beze mnie!

IMG_20171021_114719

Przyznam, że kiedy jeszcze w Teheranie Samane zaproponowała mi, znalezie grupy, z którą będę mogła się zabrać na pustynię, nie zastanawiałam się ani minuty, więc nie zdałam też żadnych pytań;). Dlatego, kiedy wysiadłam z autobusu, zorientowałam się, że właściwie to ja nie wiem jak my się tam dostaniemy, a tym samym gdzie i jakiego środka komunikacji mam szukać (dworzec autobusowy w Teheranie nie należy do małych).

Okazało się, że jedziemy samochodem, do którego wsiadłam, znów nie zadając zbędnych pytań (taka taktyka w okolicznościach utrudnionej komunikacji). Wiedziałam tylko, że mam mieć śpiwór, trzy litry wody i jedzenie na trzy posiłki.

Po drodze zatrzymywaliśmy się dwa razy, jak się okazało z trzech starych peugeotów stworzyliśmy własną karawanę:). Całą drogę jechaliśmy razem zatrzymując się na herbatę i jedzenie.

W pewnym momencie, wszyscy kierowcy bez chwili zastanowienia zjechali na pobocze, a moja ekipa wykrzyknęła z radością o hitch hikers!!! I faktycznie na poboczu stała para z plecakami, łapiąca stopa. Zaczęli się bardzo wylewnie witać, więc niesłusznie wywnioskowałam, że wszyscy Ci ludzie się znają. Byliśmy zakładowani po dach, ale nie przeszkodziło nam to zabrać dodatkowych pasażerów i też nie było w tym temacie żadnej dyskusji. Jeszcze większe było moje zdziwienie, kiedy w Kaszanie dziewczyna wysiadła, a chłopak pojechał dalej z nami. Jak się później okazało tych dwoje też spotkało się gdzieś po drodze. Długo jeszcze się zastanawiałam nad tym czy na pewno dobrze zrozumiałam co tam się wydarzyło, ale kiedy jako odpowiedź na moje pytanie usłyszałam “Iranian are all friends” sprawa była jasna.

Moim poligonem do dalszych obserwacji w tym temacie, była właśnie pustynia.

Pustynia… co za idiotyczna nazwa;) Moje romantyczne wyobrażenia o obcowaniu z dziką przyrodą, totalnej ciszy i absolutnej ciemności, musiałam bardzo szybko porzucić. Ale nie, nie jestem rozczarowana. Znalazłam niezły poligon do obserwacji dzikich i całkowicie szalonych Irańczyków w akcji.

Jak się jest w takiej podróży, najlepiej nie mieć zbyt wielu wyobrażeń i oczekiwań.

Kiedy przekroczyliśmy “próg” pustyni, dziewczyna, która jechała ze mną autem wykrzyknęła “here islam is off” i ostentacyjnie zdjęła chustę.

Nasz pierwszy przystanek na pustyni to Karavansarai (taki dawny hotel dla ludzi i ich wielbłądów na jedwabnym szlaku), w którym zatrzymaliśmy się na lunch.

Pierwszy szok przeżyłam, kiedy chwilę po naszym przyjeździe obok nas zatrzymał się ogromny autokar.

Drugi, kiedy wysiedli z niego ludzie z wielkim głośnikiem, tradycyjną perską muzyką włączoną na cały regulator, i zaczęli tańczyć (bez słowa cała moja ekipa do nich dołączyła).

Po tym wydarzeniu myślałam, że niewiele będzie mnie w stanie zadziwić, ale byłam w błędzie.

Po lunchu ruszyliśmy na miejsce naszego noclegu. Trochę się zmartwiłam, kiedy z daleka zobaczyłam mnóstwo świateł, bo liczyłam na nocleg w dziczy, a to wyglądało jak gdybyśmy jechali do jakiejś wsi.

Okazało się, że to światła ogromnej ilości samochodów terenowych, a miejsce naszego noclegu znajduje się obok wielkiego pola wydm, na brzegu dawnego słonego jeziora.

Wydmy te następnego dnia rano roiły się wręcz od samochodów terenowych, z całkowicie niezrównoważonymi kierowcami w środku. Bałam się ich, kiedy się wspinałam na grzbiet wydmy, bałam się o nich kiedy jeździli po bardzo stromo nachylonych zboczach, a potem to już po prostu dostałam zawału serca, kiedy zostałam przekonana, żeby wsiąść do takiego auta, a jego kierowca tak się popisywał, że wszyscy którzy to obserwowali bili brawo. Irańczycy na wolności wpadają w dziki szał!

IMG_20171021_114725

Tak się niefortunnie zdarzyło, że człowiek ten słyszał jak dzień wcześniej śpiewałam, kiedy poszliśmy na wydmy poszukać ciemności i ciszy (non stop towarzyszył nam bardzo głośny warkot silników ). Tego wieczora każdy coś śpiewał, ale nie wiedzieć czemu;), kiedy nas zobaczył od razu mnie zdemaskował.

No i wiadomo, jak to w Iranie, herbatka ciasteczka i pytanie, a może tak byście chcieli się przejechać?

Moi towarzysze byli w siódmym niebie, więc choć minę miałam nietęgą, ostatecznie się zgodziłam.

Kiedy zorientowałam się, że w aucie nie da się zapiąć pasów nie było już odwrotu. Na szczęście wciąż żyję, i muszę przyznać, że mi się podobało:).

IMG_20171021_113157.jpg

Inną aktywnością popularną na pustyni jest po prostu taniec, co i my praktykowaliśmy wokół ogniska.

Ognisko, to kolejna rzecz która mnie zdziwiła. Nie wiedziałam, że na pustyni rośnie coś, z czego można rozpalić ogień. Okazało się, że owszem jest tam wiele wysuszonych na wiór krzaków, które świetnie nadają się na opał. Swoją drogą jak ktoś uczył się rozpalać ogień na pustyni to miałby niezły problem, żeby zrobić ognisko w deszczowej Polsce.

Irańczycy, co jest bardzo fajne nie mają kompleksów jeśli chodzi o śpiew, taniec czy inne publiczne występy (recytowali też poezję). Kiedy islam jest “off”, zaczynają swoje dzikie harce, i bawią się tak jakgdyby nikt na nich nie patrzył, całym sobą.

Jeśli chodzi o przyrodę, to faktycznie była niesamowita, i jak na chwilę oddaliliśmy się od obozowiska to znaleźliśmy też moje wymarzone rozgwieżdżone niebo, odrobinę ciszy a rano nawet całkiem pokaźne stadko wielbłądów.

Pierwszy raz w życiu widziałam też tak ogromne wydmy i wyschnięte słone jezioro.

dav

Teraz jestem w Isfahanie z poznanymi podczas mojej pustynnej przygody ludźmi. Zdążyłam zaliczyć już wczoraj wieczorem koncert tradycyjnej Perskiej muzyki, bo kolega jednego z chłopaków jest muzykiem i nieźle wymiata!

IMG_20171020_234756.jpg

Podwójne życie Irańczyka.

Tytuł tego posta nie jest przypadkowy. Mehdi i jego kolega z którym we wtorek wieczorem piliśmy wino znają filmy Kieślowskiego. W środę obudziły mnie dzięki muzyki z filmu “Podwójne życie Weroniki”.

No więc właśnie piliśmy wino! Tak jak już wspomniałam Mehdi przedstawił mnie wielu swoim znajomym, a okazję do dłuższej rozmowy miałam z dwoma jego kolegami.

Z pierwszym piliśmy domowej produkcji wino we wtorek na wzgórzu na którym stoi pomnik upamiętniający żołnierzy poległych w ośmioletniej wojnie z Irakiem ( lata 80-te).

IMG_20171017_211611.jpg

Z drugim Hoseinem, pół krwi Irakijskim Kurdem piliśmy domowej roboty bimber wczoraj, wracając z gór.

Tak Irańczycy oficjalnie nie mogą pić alkoholu. Nie mogą go też nigdzie kupić, więc wielu z nich produkuje go na własną rękę.

Irańczycy oficjalnie nie mają dostępu do popularnych na świecie portali społecznościowych jak facebook czy couchsurfing, ale każdy ma zainstalowaną aplikację, która pozwala obejść zabezpieczenia.

Irańczycy oficjalnie nie mają imprez, Mehdiemu bardzo spodobało się, że mamy w Polsce Przystanek Woodstock.

Irańczycy sami mówią, że prowadzą podwójne życie. Dziewczyny, kiedy tylko przekroczą próg domu zdejmują hidżab i przebierają się w “normalne” ubrania, które nie wyróżniłyby ich niczym na ulicach Europy.

Irańczycy w domu tańczą, słuchają muzyki, urządzają imprezy i piją alkohol.

Ograniczenia narzucone przez władzę, zupełnie nie ograniczają ich myślenia, a wręcz pobudzają kreatywność. W Iranie nie ma prywatnych mediów, więc ludzie (jeśli nie mają telewizji satelitarnej nasawanej zza granicy) są skazani na rządową propagandę.

Rozmawiałam, o tym z wieloma osobami, zarówno poznanymi na ulicy jak i moimi gospodarzami oraz ich znajomymi i nie spotkałam ani jednej osoby, która by pochwalała politykę Irańskiego rządu. Fakt, że rozmawiałam głównie z ludźmi młodymi i wykształconymi.

Niektórzy, jak Mohammad poznany przeze mnie w Teheranie jako wzór wskazują odsuniętego od władzy w 1979 r po rewolucji islamskiej Szacha Pahlawiego (przechowywał jego zdjęcia w telefonie).

W kontekście reportażu Kapuścińskiego szeroko opisującego nierówności społeczne i terror (zastraszanie ludzi, brutalne tortury, morderstwa) jaki panował w Iranie za rządów Szacha, wydaje się to szalone.

Szah jednak jest dla młodych symbolem liberalnej polityki prozachodniej, która dała obywatelom Iranu wiele swobód i praw za którymi teraz tęsknią.

Po rewolucji islamskiej nastąpiło w Iranie radykalne odcięcie od zachodniego świata, który za rządów Szaha miał tu bardzo silne wpływy (szczególnie USA). Aktualnie w Teheranie nie ma ambasady USA, a dawna ambasada jest dostępna dla zwiedzających. Robi wrażenie! Jeśli Amerykanie już w latach 70 mięli takie technologie i zabezpieczenia, to nie chcę myśleć jak to wygląda teraz.

dav

Wracając do tematu, poglądy moich pozostałych rozmówców były bardziej wyważone. Mehdi powiedział, że oni nie chcą ani Pahlawiego ani Chomeiniego, chcą po prostu być wolnymi ludźmi. Jako, że nie mają nadziei na poprawę sytuacji wolą podjąć próbę emigracji niż rozpętywać nową wojnę.

W drodze na pustynię.

Jeśli chodzi o wychodzenie z domu na ostatnią chwilę, to jestem w tym naprawdę dobra:). W dobrze znanym mi miejscu, kiedy idę na pociąg lub autobus potrafię wymierzyć czas tak, że jestem na styk (ale zawsze zdążę). Nie powinno mnie też dziwić, że są na świecie ludzie którzy funkcjonują podobnie. Tylko, że o ile jestem w Warszawie i jadę do Szczecina to jestem zupełnie wyluzowana, o tyle będąc w Qazwin i jadąc do Teheranu, po to żeby punkt o 9.45 zabrać się na pustynię, to jestem tak zdyscyplinowana, że własna mama by mnie nie poznała.

Stąd wstałam dziś punkt o 6 (w Polsce 4.30) rano (spakowałam się dzień wcześniej, tak mamo naprawdę!), i po umyciu zębów oznajmiłam Mehdiemu, że możemy jechać na dworzec.

Stres w Iranie jest podwójny, bo właściwie to nie wiesz na którą godzinę się spieszysz (nie ma stałego rozkładu).

Autobus powinien pokonać moją trasę w dwie godziny, ale kto to może dokładnie wiedzieć. Więc tak owszem byłam trochę zestresowana, kiedy zorientowałam się, że Mehdiemu zupełnie się nie spieszy.

Jeszcze większy stres dopadł mnie kiedy okazało się, że Mehdi chce jeszcze zjeść śniadanie w pobliskim barze. Próbowałam mu to wyperswadować, i dla pewności, że dobrze mnie rozumie napisałam mu swoją prośbę w translatorze.

Niestety bezskutecznie. Na śniadanie jedliśmy jakąś paciaję z rozgotowanym mięsem owcy o konsystencji budyniu. Nie przepadam za takimi rzeczami i gdyby nie fakt, że chciałam szybko znaleźć się na dworcu to bym tego nie tknęła. Tym razem jednak jadłam jakby to była moja ukochana ogórkowa.

Kiedy w końcu udało nam się wyjść, odczułam chwilową ulgę, jednak mój spokój nie trwał długo.

Okazało się, że Mehdi zatrzasnął kluczyki w samochodzie. Przez dobre dwadzieścia minut kombinował jak włamać się do swojego auta, ale widać, że nie był to pierwszy raz, bo miał na to kilka sposobów, które po kolei sprawdzał.

Mi robiło się coraz bardziej gorąco i nie mogłam zrozumieć dlaczego nie pojedziemy do jego domu po zapasowe kluczyki.

Po ok. 20 minutach drzwi w końcu ustąpiły i wtedy zrozumiałam, że oba komplety kluczyków były w środku.

Na dworzec dotarliśmy ok. 7.30 a autobus ruszył przed 8.00. Jak mi szczęście dopisze to będę na styk, czyli jak zwykle;).